Puchary
23 11 2011IX Puchar Głowatki (2002 r.)
W ramach tego Pucharu odbył się pierwszy festyn ekologiczny, na którym wędkarze pierwszy raz w historii koronowali głowacicę na Królową Dunajca.
W tym roku punktem jednoczącym obie, poświęcone głowacicy imprezy - Święto Królowej Dunajca i Puchar Głowatki - było nader spektakularne, wspólne wpuszczenie do Dunajca ogromnej ryby. Jako że wędkarzy nie trzeba uświadamiać o konieczności ochrony wód, a kłusownicy i tak nie zmienią swego nastawienia, celem festynu miało być przedstawienie ludziom nie związanym z wędkarstwem konieczności roztaczania ciągłej opieki nad naszymi wodami.
A wcale nie zapowiadało się tak różowo. Rybie, odłowionej w Ośrodku Zarybieniowym w Łopusznej, najwidoczniej spieszyło się do bystrego Dunajca, toteż wędkarze, którzy mieli ją dowieźć na Polanę Sosny, przyjechali na miejsce nieco za wcześnie. Na szczęście prowadzący imprezę redaktorzy Czuma i Mazan czuwali już na posterunku, pokrzepiając kawą siły nadwątlone podróżą z Krakowa. Głowatka nie wiedziała jeszcze, co ja czeka - zanim mogła zanurzyć się w chłodny nurt rzeki, musiała poddać się operacji zaszczytnej, choć dla nieprzyzwyczajonej do takich splendorów ryby zapewne nieco krępującej. Przy wtórze ogłuszających oklasków wędkarzy, prezesi Klubu Głowatka i Dariusz Kostrz włożyli jej na głowę koronę, wypowiadając znamienne słowa: Niniejszym koronujemy cię na Królową Dunajca! Godnie panuj wędkarzom, rozdzielaj łaski sprawiedliwie, i, miłosierna dla twoich poddanych, pokaż czasem spragnionym twego widoku chociaż ogon albo kawałek pyska!
Uhonorowana należycie głowacica odpłynęła z prądem, świadoma, że przez trzy godziny żaden wędkarz nie ośmieli się zakłócić jej spokoju. Nauczeni bowiem doświadczeniem ostatnich lat, kiedy ryby padały łupem niecierpliwych łowców tuż po wpuszczeniu do wody, organizatorzy Pucharu postanowili dać głowatce nieco czasu na oswojenie się z nowymi dla niej warunkami
Ale oczekiwanie na moment rozpoczęcia zawodów dla nikogo nie było nudne.
Na ustawionej na polanie estradzie rychło znalazł się zespół Lubań - rozfurkotały się kwieciste spódnice góralek, orkiestra przygrywała raźno, słowem - można było poczuć się jak na prawdziwym góralskim weselu. Atmosferę podgrzewało cały czas grzane piwo i apetyczne zapachy smażonych na grillu mięs. Jak by tego było mało, w pewnym momencie, na drodze ponad polaną, ukazały się dwa wozy drabiniaste, wiozące delegację z pobliskich Stróży. Gdy goście zsiedli z wozów, oczom zgromadzonych na polanie ukazały się dwa solidne, przyjemne dla oka baniaczki. Gdy już wtaszczono je pod wiatę i odkorkowano, w powietrzu rozniósł się nader interesujący aromat starego, wystałego miodu. Czuma i Mazan, którzy bacznie śledzili bieg wypadków, nie omieszkali skorzystać z najświeższej atrakcji, a ich dowcip, zawsze najwyższej próby, stał się później jeszcze bardziej cienki i celny. Wywoławszy bowiem na scenę zwycięzców poprzednich Pucharów oraz innych szczęśliwców, którzy mogli poszczycić się złowieniem przynajmniej jednej głowacicy (nie wszyscy chcieli się ujawnić - pewnie domyślali się, co ich czeka...), zadali jedno, niewinne z pozoru pytanie: Ile mierzyła największa ze złowionych głowatek? Wymiary padały różne, od 74 do ponad 100 centymetrów. Następnie Mazan spytał: Czy możecie, panowie, pokazać, jak duże były te ryby? Po czym podchodził do każdego z nich, i wyciągniętym znienacka centymetrem mierzył odległość między rozstawionymi rękami. I, jak się okazało, w znanym nie od dziś twierdzeniu wędkarskim, głoszącym, iż przyrost ryby w centymetrach jest wprost proporcjonalny do czasu, który upłynął od jej złowienia, kryje się głęboka prawda... Najmniej, bo tylko pięć centymetrów, urosła ryba złowiona w zeszłym roku, najwięcej - ponad pół metra - schwytana w latach 80.
Skonfundowani wędkarze mieli na szczęście czym się pocieszać, zwłaszcza że po występach orkiestry dętej na scenę wbiegły piękne Cyganki z zespołu Czardasz. Sam ich widok rozgrzewał krew w żyłach, a nogi rwały się do tańca. Aż żal się budzi, ze zbyt śliskie błoto przed estradą uniemożliwiało puszczenie się w pląsy. Kiedy nieco zmarznięci goście (pogoda na szczęście dopisała, ale w listopadzie nie można liczyć jednak liczyć na zbyt wysokie temperatury...) opuścili już przytulny namiot, w którym regionalnymi przysmakami częstowały przedstawicielki kół gospodyń wiejskich, okazało się, że to jeszcze nie koniec atrakcji.
Do wielkiego, stojącego prosto na ogniu kotła zaczęto wlewać najróżniejszej klasy, koloru i mocy alkohole. Czuma i Mazan pilnowali proporcji, a Dariusz Kostrz mieszał napitek wielką, miedzianą chochlą. Tajemniczy eliksir, Grog Rozpustnego Wędkarza, wymagał jeszcze jednego składnika. Warzony nad Jeziorem Czorsztyńskim, do pełnego smaku i aromatu potrzebował kilku kropel wody z jeziora. Zaszczyt doprawienia grogu przypadł wójtowi Łapsz Niżnych. Najpierw jednak musiał skosztować, czy woda ta aby na pewno pochodzi z jeziora. A potem przyszła kolej na degustację...
A późnym popołudniem, gdy emocje nieco już opadły, na stół wjechały dwa piękne, upieczone w całości prosiaki. I choć smutny wyraz pyszczków, opadnięte uszka i smętnie zakręcone ogonki prosiaczków budziły współczucie u wszystkich miłośników zwierząt, nie przeszkadzało to w radosnej - i nader szybkiej - konsumpcji pieczystego. Nie mogło bowiem zabraknąć sił na wieczorne rozrywki, do których najlepszą zachętą była Nalewka Czorsztyńska... na potencję.
W tym samym czasie w Łopusznej odbyła się licytacja fantów, zaś wieczorem „impreza integracyjna” wędkarzy.
Następny dzień powitał gości zawieją i mrozem.
Zamek w Niedzicy, którego zwiedzanie miało być jedną z głównych atrakcji drugiego dnia festynu, zniknął zupełnie z oczu stojących po drugiej stronie jeziora. Zasypane śniegiem drogi zaskoczyły kierowców, którzy, niepomni na porę roku, zapomnieli o zmianie opon na zimowe...
Na szczęście śnieg nie okazał się zbyt dużą przeszkodą w dotarciu na zaporę, gdzie organizatorzy przygotowali projekcję filmu o powstaniu zapory. Po niepokojącym ostrzeżeniu, że film zawiera momenty wstrząsające i przeznaczony jest jedynie dla widzów o mocnych nerwach, przestraszona nieco publiczność z zapartym tchem oglądała sceny rzeczywiście przerażające. Wielka powódź, która miała miejsce w 1997 roku, zrujnowała okolice jeziora, liczne drogi i wsie leżące w pobliżu Dunajca. Wybudowana w Czorsztynie zapora od pięciu lat skutecznie chroni mieszkańców naddunajskich wiosek przed podobną tragedią. Jest również bardzo atrakcyjnym obiektem turystycznym, który od momentu powstania ściąga wielu odwiedzających. Do szczególnych atrakcji regionu, powstałych dzięki działalności zapory, zaliczyć trzeba Osadę Turystyczną Czorsztyn, wzniesioną ze zrekonstruowanych, przeniesionych z zalanych terenów starych, drewnianych budynków. Położone nad brzegiem jeziora tworzą piękny, harmonijny obraz, od zawsze, zdałoby się, obecny w tej okolicy.
Po wizycie na zaporze przyszła kolej na zwiedzanie niedzickiego zamku i rejs statkiem, który był ostatnią atrakcją festynu. Jednak najbardziej emocjonującym momentem było zakończenie Pucharu Głowatki. Jak się okazało, ponad dwunastokilogramowa głowacica, specjalnie na zawody wpuszczona do Dunajca, nie na darmo otrzymała tytuł królowej. Przechytrzyła bowiem łowców - zerwała się z żyłki, i z woblerem w pysku popłynęła z nurtem rzeki. Udało się jednak złowić dziką rybę, która ważyła 5,95 kg, i miała 83cm długości. Sztuki tej dokonał Janusz Wideł z Nowego Sącza.
Jako że w Galicji tytuły przyznaje się dożywotnio - co przypomniał Mieczysław Czuma - zwycięzca zawodów otrzymał niezbywalny tytuł Gazdy Od Głowatek, którego atrybutami były kapelusz bacowski oraz pamiątkowa drewniana tablica.
W ramach tego Pucharu odbył się festyn ekologiczny, na którym wędkarze pierwszy raz w historii koronowali głowacicę na Królową Dunajca. Koronacja odbyła się podczas góralskiej imprezy na Polanie Sosny w Niedzicy. I tam przy wtórze ogłuszających oklasków wędkarzy, prezesi Klubu Głowatka i Dariusz Kostrz włożyli jej na głowę koronę, wypowiadając znamienne słowa: Niniejszym koronujemy cię na Królową Dunajca! Godnie panuj wędkarzom, rozdzielaj łaski sprawiedliwie, i miłosierna dla twoich poddanych, pokaż czasem spragnionym twego widoku chociaż ogon albo kawałek pyska! Na ustawionej na polanie estradzie rychło znalazł się zespół Lubań - rozfurkotały się kwieciste spódnice góralek, orkiestra przygrywała raźno, słowem - można było poczuć się jak na prawdziwym góralskim weselu. Atmosferę podgrzewało cały czas grzane piwo i apetyczne zapachy smażonych na grillu mięs. Jak by tego było mało, w pewnym momencie, na drodze ponad polaną, ukazały się dwa wozy drabiniaste, wiozące delegację z pobliskich Stróży. Gdy goście zsiedli z wozów, oczom zgromadzonych na polanie ukazały się dwa solidne, przyjemne dla oka baniaczki. Gdy już wtaszczono je pod wiatę i odkorkowano, w powietrzu rozniósł się nader interesujący aromat starego, wystałego miodu.
Po występach orkiestry dętej na scenę wbiegły piękne Cyganki z zespołu Czardasz. Sam ich widok rozgrzewał krew w żyłach, a nogi rwały się do tańca. Aż żal się budzi, ze zbyt śliskie błoto przed estradą uniemożliwiało puszczenie się w pląsy. Kiedy nieco zmarznięci goście (pogoda na szczęście dopisała, ale w listopadzie nie można liczyć jednak liczyć na zbyt wysokie temperatury...) opuścili już przytulny namiot, w którym regionalnymi przysmakami częstowały przedstawicielki kół gospodyń wiejskich, okazało się, że to jeszcze nie koniec atrakcji.
Do wielkiego, stojącego prosto na ogniu kotła zaczęto wlewać najróżniejszej klasy, koloru i mocy alkohole. Czuma i Mazan pilnowali proporcji, a Dariusz Kostrz mieszał napitek wielką, miedzianą chochlą. Tajemniczy eliksir, Grog Rozpustnego Wędkarza, wymagał jeszcze jednego składnika. Warzony nad Jeziorem Czorsztyńskim, do pełnego smaku i aromatu potrzebował kilku kropel wody z jeziora. Zaszczyt doprawienia grogu przypadł wójtowi Łapsz Niżnych. Najpierw jednak musiał skosztować, czy woda ta aby na pewno pochodzi z jeziora. A potem przyszła kolej na degustację...
A późnym popołudniem, gdy emocje nieco już opadły, na stół wjechały dwa piękne, upieczone w całości prosiaki. I choć smutny wyraz pyszczków, opadnięte uszka i smętnie zakręcone ogonki prosiaczków budziły współczucie u wszystkich miłośników zwierząt, nie przeszkadzało to w radosnej - i nader szybkiej - konsumpcji pieczystego. Nie mogło bowiem zabraknąć sił na wieczorne rozrywki, do których najlepszą zachętą była Nalewka Czorsztyńska... na potencję. W tym samym czasie w Łopusznej odbyła się licytacja fantów, zaś wieczorem „impreza integracyjna” wędkarzy. Następny dzień powitał gości zawieją i mrozem. Na szczęście śnieg nie okazał się zbyt dużą przeszkodą w dotarciu na zaporę, gdzie organizatorzy przygotowali projekcję filmu o powstaniu zapory. Po wizycie na zaporze przyszła kolej na zwiedzanie niedzickiego zamku i rejs statkiem, który był ostatnią atrakcją festynu. Jednak najbardziej emocjonującym momentem było zakończenie Pucharu Głowatki. Jak się okazało, ponad dwunastokilogramowa głowacica, specjalnie na zawody wpuszczona do Dunajca, nie na darmo otrzymała tytuł królowej. Przechytrzyła bowiem Janusza Widła - zerwała się z żyłki, i z woblerem w pysku popłynęła z nurtem rzeki. Udało mu się jednak złowić dziką rybę, która ważyła 5,95 kg, i miała 83cm długości.
Jako że w Galicji tytuły przyznaje się dożywotnio - co przypomniał Mieczysław Czuma – Janusz Wideł otrzymał niezbywalny tytuł gazdy od głowatek, którego atrybutem jest kapelusz góralski z orlim piórem.
Organizatorzy: Krakowski Klub Głowatka, Wydawnictwo Turystyczne, ZZW Niedzica S.A., gmina Czorsztyn, gmina Łapsze Niżne, Związek Turystyki Aktywnej.
Sponsorzy: Dragon, Salmo, Art.-Fisch – Janusz Palonek, Salix Alba, KSK, Piotr Piotrowski, Jarosław Rembiszewski, Konger, Angel Sport, Marlin, BIS, Elegant, Rapa, , Motosum, Wiko, Kazimierz Grudzień, Falk – Ochrona, Future, Bemix, Trefl, Kopalnia Soli Wieliczka Trasa Turystyczna.
Patronat medialny – Wędkarski Świat, Poznaj swój Kraj, Słowo Ludu, Dominik, Droga, Nowiny, Radio Plus, TVP 3, Gazeta Pomorska, Express Ilustrowany, TAAAKA RYBA, Interesik.pl
